Nie dlatego, że Ukraina nie ma wrogów zewnętrznych. Ma i to śmiertelnie groźnego. Ale państwa nie niszczy się wyłącznie rakietami. Można je również osłabić od środka: niszcząc zaufanie społeczne, kompromitując instytucje i zamieniając walkę o przetrwanie narodu w walkę o utrzymanie własnej pozycji. Zełeński coraz bardziej sprawia wrażenie polityka, który zamiast myśleć o przyszłości Ukrainy, myśli o zabezpieczeniu własnej przyszłości politycznej. W sytuacji, gdy wybory są zawieszone, a ich termin pozostaje niepewny, każda decyzja mająca poprawić notowania kosztem reputacji państwa jest wyjątkowo niebezpieczna i jednocześnie głupia. Centralizacja, konflikty z niezależnymi instytucjami, próby kontrolowania niewygodnych struktur - wsystko to uderza w fundamenty państwa, za które Ukraińcy płacą krwią. Zełeński może wygrać kolejną bitwę polityczną, ale może przegrać coś znacznie ważniejszego. Zaufanie ludzi, którzy dali mu mandat. A polityk, który traci zaufanie własnego społeczeństwa w czasie wojny, traci najważniejszy kapitał. Jeśli odbędą się przyszłe wybory prezydenckie, obecna strategia może okazać się katastrofalnym błędem. Próba utrzymania się przy władzy za wszelką cenę może doprowadzić do tego, że Zełeński nie tylko nie wygra, ale również obciąży swoim politycznym ciężarem ludzi ze swojego otoczenia, w tym Budanowa, którego wizerunek może zostać związany z tym samym systemem. Największym zagrożeniem dla Ukrainy nie jest tylko rosyjski imperializm. Jest nim także ukraiński beton polityczny. Ludzie, którzy uwierzyli, że państwo jest ich własnością. Ukraina nie walczy po to, żeby zamienić jedną oligarchię na kolejną. Nie walczy po to, żeby poświęcać demokrację w imię wygody rządzących. Walczy o państwo, w którym władza odpowiada przed społeczeństwem. Bo jeśli Ukraina przegra z korupcją, pychą i politycznym samozadowoleniem własnych elit, Rosja nie będzie musiała niczego więcej niszczyć.